Puls Biznesu: Z widokiem na parkiet

Robią okna jak ojciec. Ale nie takie jak on. Najnowocześniejsze i na najnowocześniejszych maszynach. 
 
Pańskie oko konia tuczy. Z tego założenia wychodzą bracia Tadeusz i Roman Andrzejakowie, którzy stworzyli i wraz z rodzinami kontrolują spółkę Pozbud T&R, która dziś debiutuje na giełdzie. Rzadko kiedy żadnego z nich nie ma w firmie. 
 
— W zasadzie nigdy obaj nie wyjeżdżamy. Oczywiście jak mus to mus, ale takich dni w roku jest bardzo mało. Z reguły któryś z nas jest na miejscu i wszystkiego osobiście dogląda — podkreśla Tadeusz Andrzejak, prezes spółki. 
 
Strategia daje wyniki. W 2004 r. przedsiębiorstwo miało zaledwie 8,3 mln zł przychodów i 40 tys. zł zysku netto. W ubiegłym wartości te wyniosły odpowiednio 26,4 mln zł i 2,8 mln zł. W 2009 r. producent stolarki otworowej zamierza osiągnąć 70,4 mln zł sprzedaży, która przyniesie 6,8 mln zł czystego zysku. 
 
W symbiozie z państwem
 
Na realizację zamówienia w Pozbudzie T&R czeka się od 5 do 6 tygodni. Kiedy w latach 80. obaj bracia zdobywali pierwsze zawodowe doświadczenia, terminując w zakładzie stolarskim ojca, klient musiał się umawiać z dwu-, trzyletnim wyprzedzeniem. 
 
— Teraz najgorzej mają ludzie odpowiedzialni za sprzedaż. Ci z zaopatrzenia mają bardzo łatwo. Wtedy było odwrotnie. Gdy ojciec pracował w zakładzie, matka jeździła załatwiać okucia. Bo wówczas się nie kupowało, tylko załatwiało. Zakup drewna w Lasach Państwowych był kompletną abstrakcją — wspomina Tadeusz Andrzejak. 
 
Kiedy się usamodzielnił, dla ominięcia problemów zaopatrzeniowych, przyłączył się nawet do Gminnej Spółdzielni w Dopiewie. Prowadził zakład na ryczałt spółdzielczy. 
 
— Była taka forma rozrachunku. Najpierw zakładało się własną działalność gospodarczą. Potem podpisywało się umowę z geesem i z właściciela stawało się kierownikiem zakładu działającego pod szyldem firmy państwowej, co dawało przewagę przy składaniu zamówień na materiały — opowiada Tadeusz Andrzejak. 
 
Niejedyny to moment, gdy losy stolarskiego biznesu krzyżowały się z organizmami państwowymi. Firma uczestniczyła w postępowaniach przetargowych prowadzonych przez Zarząd Komunalnych Zasobów Lokalowych (ZKZL), będący zakładem budżetowym miasta Poznania. W grudniu 2006 r. uzyskała dzięki temu zamówienie na 550 tys. zł, w sierpniu 2007 r. na 921 tys. zł, a w marcu 2007 r. na 1,1 mln zł. Wartość dwóch pierwszych nie przekroczyła 3,5 proc. rocznych przychodów firmy z roku podpisania umowy, ale od 2000 r. kierownikiem działu finansowego ZKZL był Bogdan Kasprzyk. Ten sam, który w sierpniu 2007 r. objął niespełna 4 proc. udziałów stolarskiej spółki, obecnie jest jej wiceprezesem, a między czerwcem a lipcem zasiadał w jej radzie nadzorczej. Zasiada także w radzie nadzorczej Inwest Consultingu, który przed emisją miał ponad 9 proc. akcji Pozbudu T&R. 
 
— Pracując w ZKZL na stanowisku kierownika działu finansowego, nie miałem wpływu na postępowania przetargowe. Do rady nadzorczej, a następnie zarządu Pozbudu T&R trafiłem z rekomendacji Inwest Consultingu, jako osoba odpowiedzialna za relacje inwestorskie. W Pozbudzie T&R nie pobierałem wynagrodzenia do końca maja 2008 r., czyli do zakończenia pracy w ZKZL — komentuje Bogdan Kasprzyk. 
 
Pierwszą unię personalną z państwem twórcy Pozbudu T&R zakończyli zaraz po rozpoczęciu zmian ustrojowych w Polsce. Państwowe fabryki, które dotychczas zbywały ich zamówienia na obrabiarki, odkopywały je gdzieś w swoich archiwach i same zgłaszały się z chęcią ich wykonania. Wcześniej nie pomagał nawet mariaż z geesem. Tadeusz musiał niektóre obrabiarki robić sam, bo oczekiwanie na realizację zamówienia w fabrykach w Jarocinie lub w Gorzowie Wielkopolskim trwało latami. 
 
— Jak składałem zamówienie, to odpowiadali, że przyjmują, ale nie gwarantują żadnego terminu realizacji. Można było czekać 15 lat i maszyny nie dostać. W naszym rodzinnym zakładzie nie gwarantowaliśmy co prawda ceny, ale klient wiedział, że za dwa, trzy lata zrobimy to, czego oczekuje — podkreśla Tadeusz Andrzejak. 
 
Wtedy mieli dwa warsztaty. Dopiero na przełomie XX i XXI wieku połączyli siły. 
 
— Ojciec myślał, że nie potrafimy zgodnie współpracować i pojawią się między nami konflikty, jakie często w rodzinach występują, więc pomógł każdemu z nas stworzyć niezależny zakład. A my akurat doskonale się dogadujemy i połączyliśmy firmy — wyjaśnia Roman Andrzejak, wiceprezes spółki. 
 
Czas wielkich zmian
 
Wcześniej — jeszcze osobno — przetrwali z bratem najtrudniejszy okres dla producentów drewnianej stolarki otworowej. Chodzi o lata 1989-1991. Wraz z otwarciem granic preferencje nabywców okien radykalnie się zmieniły. Zapragnęli okien z PCV. Nikt nie chciał kupować produkowanych w Polsce okien typu skrzynkowego — mających po dwa skrzydła (zewnętrzne i wewnętrzne), a w każdym po jednej szybie. Aby utrzymać się na rynku, w 1992 r. Roman pojechał do Niemiec i kupił tam nowoczesne okno drewniane. Rozebrali je z bratem na części i zaczęli zgłębiać konstrukcję. Wrażenie było piorunujące. 
 
— Mnie w szkole nie uczono, że aby się nie wypaczało, okno drewniane musi być zrobione z drewna klejonego. Żaden technolog tego nie wiedział. Dopiero po 1990 r. ta wiedza przyszła do nas z Zachodu — komentuje Roman Andrzejak, który w przeciwieństwie do brata arkana stolarstwa zgłębiał również w szkole. 
 
Uruchomili produkcję tzw. ramiaków klejonych. W tej technologii produkuje się dzisiaj w Polsce właściwie wszystkie okna drewniane. Wtedy była to nowość, na którą mogli sobie pozwolić tylko najbogatsi. 
 
— Garnitur okuć kosztował 30 marek niemieckich, a ludzie w Polsce zarabiali około 40 miesięcznie — przypomina Tadeusz Andrzejak. 
 
— Dziś mamy w fabryce magazyn okuć. Ale wtedy nie było nas stać, by kupować na zapas. Jeśli więc ktoś zamówił dziesięć okien, to dopiero jechaliśmy kupić tyle okuć — dodaje Roman Andrzejak. 
 
Potem zautomatyzowali produkcję. W 1995 r. kupili pierwszą maszynę niemieckiej firmy Weinig. Tej samej, której najnowocześniejsza linia produkcyjna była głównym celem przeprowadzonej oferty publicznej. 
 
— Weinig to takie ferrari wśród maszyn do drewna. A czym lepiej jeździć, używanym ferrari czy nowym fiatem — pyta retorycznie Roman Andrzejak. 
 
I dodaje, że po uruchomieniu nowej linii technologicznej koszty stałe wytworzenia metra kwadratowego stolarki okiennej przez Pozbud T&R spadną o 40 proc. Czy zatem kurs akcji spółki pomknie z szybkością ferrari? No i w którą stronę? Od dziś każdy może to sprawdzać osobiście.
 
Kamil Kosiński